poniedziałek, 23 marca 2009

Plany, plany…..zmiany.

McLeod Ganj 12.03.2009


Pamiętacie jak mówiłem Wam o plano zmianach i zwrotach akcji?
Żeby zobrazować Wam troszkę, w jaki sposób ewoluują
moje plany (albo bardziej rewolucjonizują)...
To co możecie przeczytać w poście poniżej,
było wczoraj prawdą – planem, do którego byłem przekonany
i zacząłem pracować nad wprowadzeniem go w życie.
Ale dzisiaj jadłem dinnera z koleżanką, którą poznałem 2 dni temu.
Nie będę starał się opisać Wam okoliczności naszego spotkania,
bo nawet dla mnie są trudne do uwierzenia a jak spróbuje je Wam
przekazać, to pomyślicie, że albo nawdychałem się za dużo
górskiego powietrza, albo po prostu robie sobie z Was jaja.
Więc zostawię opowieść o genezie naszej znajomości do czasu,
kiedy będę miał możliwość opowiedzenia jej w bardziej bezpośrednim
i wiarygodnym, słownym przekazie.
Przybliżę za to profil owej osoby. LM - (tak brzmi w ekstremalnie
skróconej formie jej imię, które w oryginalnej postaci jest prawie
niemożliwe do wymówienia przez usta przeciętnego białasa)
pochodzi z Nagalandu i gdyby pozostała w swoje wiosce,
to dzięki pewnym zdolnościom, czy nazywanym przez niektórych
darem, najpewniej została by kimś w rodzaju szamanki.
Nagaland to stan w Indiach, położony na wschodzie, przy granicy
z Birma (Myanmar). Jednak z Indiami oprócz położenia
geograficznego nie łączy go prawie nic. Ludziom tam żyjącym
jest bliżej do kultury południowych amerykanów. Nie czują się
Indyjczykami a przeważającą religią jest tam baptyzm – chociaż mocno
zmieszany z pozostałościami po dawnych wierzeniach.
Podczas scalania Indii przez Brytyjczyków, zostali bez pytania
wcielenie w ten sztuczny twór i od tamtej pory walczą o suwerenność.
Prześladowani, gwałceni, izolowani i wyniszczani. Dla rządu
indyjskiego stanowią strategiczną bramę na wschód Azji. Dlatego
wszystkimi środkami próbują utrzymać ich pod swoim władaniem.
W chwili obecnej po latach wojny domowej, są izolowani od świata
zewnętrznego. Pomimo, że oficjalnie są Indiami, to jest to obszar
zamknięty nawet dla hindusów – żeby się tam dostać, trzeba uzyskać
specjalny inland permit. W głębi terytorium Nagalim, przy granicy
z Birmą ciągle istnieją plemiona, żyjące w buszu w niezmienionej
postaci od setek lat a na niektórych obszarach wciąż obecny jest
kanibalizm.






'LM' po prześladowaniach i serii gwałtów przez indyjskich
żołnierzy, wyjechala do Bangkoku kolejne szczeble ‘kariery’ została
dziennikarka. Pracuje teraz dla tajlandzkiej agencji prasowej
i zajmuje się północnymi Indiami. Żyje pomiędzy Bangkokiem i Delhi,
gdzie spędza średnio połowę roku.

Tak więc przy okazji obiadu, zaproponowała mi możliwość
odwiedzenia jej ojczyzny. W najbliższych dwóch tygodniach,
wraz z dwoma francuskimi dziennikarzami, którzy chcą zrobić
materiał o tych dzikich plemionach i przeznaczą sporą sumkę
za Jej przewodnictwo i załatwienie potrzebnych papierów,
leci do Kalkuty a potem lądem, będą przedostawać
się pod granicę z Birmą. Jako że po tej podróży będzie
bogatsza o kupę francuskich szelestów, to jest gotowa
wpisać mnie na listę uczestników bez dodatkowych opłat
a także załatwić dla mnie wszystkie potrzebne pozwolenia.
Nie jest to wcale ‘piece of cake’, bo żeby je dostać
będę musiał, między innymi, udawać przed hindusami,
że jestem jej narzeczonym ;)
Także jedyny koszt jaki bym poniósł, to bilety na przelot
z Delhi do Kalkuty i utrzymanie po drodze do
przygranicznego buszu. Początkowo w ogóle nie brałem tego
pomysłu na serio, ale po chwili zastanowienia
(i jednym browarku na sporej wysokości n.p.m)a może raczej
właśnie wyłączenia racjonalnego myślenia z procesu
decyzyjnego... Zaczęła mi się żarzyć żarówka
Pomysłowego Dobromiła - właściwie dlaczego nie?
Może to jest, kurka wodna, to po co przyjechałem ?!
Taka okazja zobaczenia dziewiczych jeszcze, dzikich
plemion i to w dodatku przewodnikiem, będącym
poniekąd z wewnątrz, nie zdarza z częstotliwością
niedzielnej mszy. Podjęcie się tego plany oznaczałoby
upłynnienie całych moich zasobów finansowych a odkrywanie
Indii zakończyło by się na tej himalajskiej wiosce,
Delhi oraz lotnisku w Kalkucie.
Jednak na pytanie czy warto iść na taką zamianę,
odpowiedz jest dla mnie prosta i jednoznaczna.
Muszę się jednak dobrze przespać z tym pomysłem
i bez emocji rozważyć wszystkie za i przeciw.

Na tę chwilę nie ma już Remika a ja zostawiam
sympatyczne koleżanki, które wprowadziły dużo
uśmiechu i pozytywnych wibracji w ciągu tych ostatnich
kilku razem spędzonych dni.





Ruszam wraz z LM do Delhi szukać motocykla, poznać francuzów
i postanawiać gdzie przywita mnie kolejny dzień.

Edit:

Tak, tak – co niektórzy z uważnych czytelników zauważyli
pewnie ‘niewielka’ rozbieżność dat – post ten powinien ukazać
się Waszym oczom 11 dni temu...no cóż – znowu powtarzając
za Bratem Rybą – „Buta nie zjesz.”

Mam bolesną świadomość, że owy blog podupadł ostatnimi
czasy na ilości i błyskotliwości zamieszczanego materiału,
ale nie traćcie wiary – postaram się odbudować jego dawną
świetność ;) Mam pewien mini koncept na narracje i fabułe
kolejnych kilku postów, a jako że nie chcąc nikogo robić
w balona, napisałem tę datę (poza tym i tak nikt by nie
uwierzył, że ciągle siedzę w tej tybetańskiej wiosce),
żebyście mieli świadomość, że gryziecie sucharki.
Mam na dzieję, że pomimo to nie stracą na atrakcyjności –
ja np. lubie sobie czasem pochrupać.
So, be patient a ja postaram się wynagrodzić Wam tę chwilę
niepewności, i zachodzenia w głowę – gdzie On teraz w takim
razie jest i co kombinuje ?!

Tymczasem wrzucam kilka starej daty fotek -
droga przez Pakistan w pigułce.
Enjoy ;)

Jeszcze ostatnie kilometry Iranu:




W Polsce mamy postoje na oddanie moczu i spalenie fajki
a tutaj na...modlitwę.



Szefo pakistańskiej kompani przewoźniczej, oraz kierowca autobusu,
który przez kolejne dziesięć godziń powiezie mnie w drogę przez męke.












Przedstawiciel lokalnej policji.




....




Zastanawialiście się kiedyś dlaczego Ci wszyscy 'terroryści'
noszą chusty i zakrywają twarze? ...Nie, nie dlatego,
żeby być nierozpoznawalnymi na zdjęciach "most wanted".
Pakistan oprócz północnych, górskich terenów jest w większości
pustynia. I każdy podmuch wiatru wznieca piaskową burzę.
I nie jest to piasek jaki znacie z osiedlowej piaskownicy,
tylko duszący pył, ktróy przenika do najmniejszych szczelin.
Tubylcy nie znają masek przeciw pyłowych i zasłanianie twarzy
chustą, jest jedyną obroną przed uduszeniem.




Tak wygląda powietrze przy każdym podmuchu wiatru,
czyli praktycznie co ok. 30-40 sekund.







Przez zapylenie, można patrzeć prosto w słońce bez ciemnych okularów.



Toaleta w wersji azjatyckiej...zapomnijcie o papierze.



Pierwszi oswojeni 'terroryści'.



Chciałbym, żeby takich fanatycznych mrderców
było więcej w 'cywilizowanym' świecie.


Pierwszy pakistański posiłek....jajecznica ;)


Pierwszy nocleg w pakistańskim 'hotelu'.



I 30 godzinna podróż pakistańskim pociagiem w klasie economy.








Slumsy...nie przygotuje Was na nie żaden z obejrzanych filmów...
Nie dlatego że w rzeczywistości są inne, ale właśnie dlatego,
że dokładnie takie jak w najbardziej przerysowanych obrazach.
Tylko na żywo atakują Cię wszystkimi zmysłami...
Niestety na zdjęciach uwieczniłem tylko przedmieścia,
bo przejeżdżając przez serce slamsów, ze względów na kamienie
rzucane przez dzieci, trzeba zamykać okna, a szyby są tak brudne,
że ledwo przeciskają się przez nie promienie słońca.














Po lewej Mr. Malik... optyk, podróżnik, mój przewodnik
po mrocznych stronach podróżowania po Pakistanie.
W końcu od niego dowiedziałem się co to znaczy 'uważać'.
Po prawej pisarz, badacz, emanujący ciepłem człowiek.
Mieszka u podnóża K2. Podając mi swój adres napisał tylko
nazwisko i nazwę swojego miasteczka. Na pytanie o ulicę,
czy numer domu, odpowiedział że nie jest potrzebna,
bo w tamtej społeczności wszyscy wiedzą kim jest.
Obiecał mi kopię książki, która będzie opisem jego
podróży do Iranu, skąd właśnie wracał. Będzie wydana
w języku urdu, więc pozostaje mi, wierzyć Mu na słowo,
że jeden z epizodów będzie poświęcony naszemu spotkaniu :)



Mr. Malik 14 lat wstecz z wizytą w Wiedniu.





Niestety Jego imię zapisałem w notatniku, który zabrał ze sobą
Remik. Więc w chwili obecnej będzie musiał pozostać bezimienny.
Podczas wspólnej podróży pisał wiersze. Na moje pytanie o czym
są jego wiersze, odpowiedział, że o pięknie... Jak potężną trzeba
mieć wyobraźnie, żeby siedząc w tym brudnym, ciemnym,
zasyfionym pociągu, gdzie brud i brzydota
sprawia fizyczny ból, pisać o pięknie...


Widząc moje zmagania ze słowem pisanym na szczątkowych przestrzeniach
katalogu turystycznego, podarował mi swój zeszyt :)


poniedziałek, 16 marca 2009

Ostatni dzień u Dalaj Lamy...

Bycie tutaj, w Indiach, to jak jedzenie zupki w proszku na sucho.
Wszystko jest tak skondensowane, intensywne. Setki wrażeń, uczuć,
przeżyć, wydarzeń, skompresowanych w malutką pigułkę o tysiącu smaków.
Nawet Tutaj – w maleńkiej, górskiej wiosce, codziennie wydarza
się więcej, niż przez miesiąc w Krakowie. Coś, co pięć minut
temu było prawdą, za chwilę może zmienić się o 180 stopni.

Może wydać się Wam to niewiarygodne, ale będąc tutaj
przez sześć dni, nie miałem do tej pory czasu usiąść
choćby na godzinkę i sklecić dla Was coś sensownego.
Także niestety opowieści o Iranie, Pakistanie, terrorystach,
Tybecie, Mnichach, Przyjaciołach, podejrzanych typach,
ciemnych miejscach i wielu innych rzeczach, z którymi zderzam
się w tym szalonym, pozbawionym ograniczeń prędkości
kalejdoskopie, będą musiały poczekać na mój powrót do Krakowa.

Ale opowiem Wam troszkę o tym co jest teraz dla mnie najważniejsze.
O planach.

Którędy do Krakowa?

Tak naprawdę poczułem, że właśnie skończył mi się plan
i nie wiem w którą stronę dalej podążać, rankiem ostatniego
dnia w Pakistanie. U progu granicy Indyjskiej zamknąłem pewien etap.
Osiągnąłem zakładany, konkretny cel.
Dotarłem drogą lądową do Indii.
Wow!...Eeeee… wcale nie. Miało być dłużej, trudniej, straszniej
i bardziej niebezpiecznie.

A teraz jestem tutaj i co dalej? Na wschód, południe, północ,
jak daleko, jak długo,... jak?
Mam gryzącą potrzebę podjęcia jakiegoś wyzwania.
Ostatnie okazało się za łatwe. Chciałbym zrobić coś naprawdę znaczącego.
Na krawędzi. Naprawdę WOOW!

Głównym faktorem decydującym, w którym kierunku powinienem się udać
przez Indie, jest sposób w jaki będę chciał je opuścić.
I tutaj mnożą się opcje, a każda jest niepewna.
No więc jakie mam opcje :
Najprościej byłoby wsiąść w samolot i wysiąść po drugiej stronie
Zatoki Bengalskiej – W Singapurze, Kuala Lumpur, Bangkoku...
ale skąd samolot? Z Kalkuty, Delhi, Chennai, Bangalore ?
I dokąd później – na południe, starać się dotrzeć do niewyobrażalnie
odległej Nowej Zelandii...
Czy może na północ, przez Tajlandie, Laos, Kambodże, Wietnam,
przez tysiące kilometrów Chin dotrzeć do Pekinu i stamtąd koleją
transsyberyjską do miejsca gdzie 21 osób obserwuje tego bloga.

Można też próbować przedostać się lądem przez
Birmę (obecny Myanmar). Tylko tutaj kolejna niewiadoma.
Wedle wszelkich oficjalnych źródeł, Birma jest zamknięta dla
ruchu lądowego. Jednak kilka osób, z którymi
rozmawiałem, z których nikt nie był, ale zna kogoś kto był
i powiedział im co nieco , mówiło że najprawdopodobniej
jest możliwość dostania się do Birmy lądem.

Mógłbym też próbować przez Nepal dostać się do Tybetu
i potem na pace pickup-a, przykryty szmatami, kocami,
skrzynkami, zostać wywiezionym w głąb Chin.
Wstęp z Nepalu do Tybetu, możliwy jest ze zorganizowaną
wycieczką, po otrzymaniu specjalnego pozwolenia,
które umożliwia poruszanie się po określonym,
ograniczonym terenie w zakresie kilkudziesięciu
kilometrów od granicy. Wycieczkę można przypadkiem zgubić
i już w ramach prywatnej inicjatywy skierować się w głąb Chin.
Jest jednak jeden problem – w momencie wydawania tego pozwolenia,
automatycznie kasowana jest ewentualnie posiadana wiza Chińska.
Co oznacza, że po całej operacji, znajdujesz się w ojczyźnie
90% rzeczy, które Was w tej chwili otaczają i prawie półtora
miliardowej populacji z której nikt nie mówi po angielsku,
z anulowaną wizą i papierkiem, zwanym permitem, mówiącym,
że ostatnim miejscem, gdzie powinieneś się znajdować, jest to
gdzie właśnie jesteś... kontrolowany przez patrol żółtej policji.
O ile nie jest trudno, za sprawą odpowiedniej sumy,
wymazać ze świadomości przedstawicieli lokalnej władzy to
między kontynentalne spotkanie, to już dużo trudniej jest
przekonać cały posterunek graniczny przy okazji próby
wydostania się z krainy błotem i ryżem płynącej.

Noi jeszcze ostatnia i wedle prawa jedynie legalna możliwość
wydostania się lądem z Indii. Do Pakistanu ;) ...a potem, przejechać
Go tym razem wzdłuż i przez Karakorum Highway – drodze oplatającej szczyty Himalajów, biegnącej na trzech – czterech tysiącach m.n.p.m – i najwyżej
położone przejscie graniczne na Świecie przejść do Chin.

Sami widzicie, że jest o czym myśleć.
Ale wiedzcie, że ja Was, bawiłem słowem swym, tylko dla zwykłej draki...
Ostatnie dziesięć minut spędziliście na czytaniu możliwych planów, z których przynajmniej tym razem, żaden się nie spełni.

Po przyjechaniu do Indii podjąłem decyzję - Nie tym razem.
Żeby zdecydować się na dalszą podróż poza Indię, potrzeba albo dużych
zasobów finansowych, albo dużo, dużo więcej czasu i wolności.
Ja jednak nie posiadam aż tak ciężkiego konta i niestety na tę chwilę
nie jestem w stanie uzyskać takiego stanu wyzwolenia umysłu
od wszystkiego co zostawiłem za sobą.

W Amritsarze poznałem niesamowitego Argentyńczyka.
Od trzech lat przemierza Świat. Samotnie. Na rowerze.
Wyruszył z Hiszpanii i przez Europę, Bliski Wschód, Iran,
Afganistan, Pakistan dotarł do Indii. Finalnie chce wrócić
do domu, ale z drugiej strony. Śpi na dworcach, chodnikach,
pod latarniami, w namiocie na pustyni. A przez trzy miesiące
w Pakistanie, dzięki gościnności ludzi, wydał 9 euro.
Poziom w jakim ktoś taki musi być wolny i jak bardzo musi
uwolnić swoją głowę od wszelkich problemów, zobowiązań, układów….
Zdałem sobie sprawę, że ja nie jestem na podobne wyzwanie gotowy...
jeszcze nie teraz, jeśli kiedykolwiek. Jednak czas jaki upłynie
do momentu kiedy znowu położę się we własnym łóżku, chciałbym
odliczać bardziej w miesiącach niz latach.

Dlatego teraz skupię się na Indiach…a jest na czym,
bo tutaj każdy stan jest jak odrębne państwo z inną
kulturą innym językiem, z innymi ulicami i innymi ludźmi,
zapachami i jedzeniem.

Tak jak wcześniej pisałem, chciałbym teraz zwolnić.
Ciągle się nie udaje – nawet ktoś mnie ostatnio spytał –
Ej, przecież miałeś się wyluzować.
Dlaczego nie zmniejszysz tempa?
Heh...o pewnie trudne do ogarnięcia, ale Tutaj nie
Ty decydujesz o tempie. Musisz płynąć z prądem,
który przypomina górską rzekę po wiosennych roztopach.
Jeśli się nie dostosujesz, to Cię zadepczą.
Chciałbym wgryźć się bardziej w klimat. Zakopać głębiej w miejsca,
które odwiedzam.Wtopić się w tłum i stać jego częścią.
Nie jest to łatwe – ciągle czuje się bardziej jak turysta,
niż podróżnik. Jak outsider. Przemierzam kolejne kilometry
liczone w setkach, tysiącach. Jedną trzecią czasu spędzam w
różnorakich środkach transportu. Jest to w pewnym sensie
stracony czas... potem zatrzymuje się na dwa, trzy dni
w kolejnych miejscach. To za mało żeby w nie wsiąknąć,
żeby poznać ludzi, klimat, oswoić się z zapachem ścieków o poranku.
Czuję, że mógłbym lepiej wykorzystać czas spędzony na
przemieszczaniu się.

No więc kolejna zagadka: co teraz zrobi Borek?
.
.
.
Tik tak, tik tak……tik tak…..Taak!
Ci z Was, którzy znają mnie trochę lepiej, lub uważnie
czytają tego bloga, już pewnie wiedzą – Borek kupi motorek...
I to nie byle jaki ;) Ale o Nim w kolejnym odcinku.
Pewnie niektórzy z Was, mili czytający, pomyślał sobie:
Ye, Ye – Big deal ! – zamienił Tajlandię, Laos, Kambodże,
Wietnam i nie wiadomo co jeszcze,
na kupę żelastwa ...i jeszcze się chwali, z to niby wyzwanie.
No to ja Wam powiem – wpadnijcie na weekend do Indii i wtedy
pogadamy co jest bardziej chorym pomysłem.
A jeśli nie macie akurat wolnego weekendu, to spróbujcie
sobie zwizualizować. Jako była kolonia Brytyjska,
Indie mają ruch lewostronny. Chociaż system poruszania
się po ‘jezdni’, lepiej oddaje opis w przewodniku
„Lonely Planet” : „Traffic in India nominally driver on the left,
but in reality, everyone drives all over the road… Lokals
tend to use horn more than the brake…,driving there give
way to any larger vehicles.”
Dla tych z oporną wyobraźnią, polecam oglądnięcie kilku filmików,
obrazujących to zjawisko, zamieszczonych na You Tubie ;)
Dodam do tego, że w motocyklu, na którym chcę się wkręcić
w tę sokowirówkę, biegi zmienia się stopą w Europie
przyzwyczajoną do hamowania i w dodatku również w odwrotną stronę.
Ale to wszystko sprawy marginalne. Bo po głowie coraz mocniej tupie
mi jeszcze jeden koncept – powrót na Tym motocyklu do Polski.
(dzięki jednej z polskich koleżanek nawiazalem kontakt
z dwoma gośćmi, którym udało się to w zeszłym roku.
Niestety czasy się trochę pozmieniały i czytając dzisiaj
„The Hindu” widzę że atmosfera w Pakistanie robi się
coraz bardziej napięta. Tak czy inaczej, ostateczną
decyzję podejmę pewnie za ok. 2 miesiące i po
mniej więcej 5000 km torturowania dupska,
więc nie ma co za bardzo planować, bo patrząc choćby
na to jak do tej pory w czasie rzeczywistym
zmieniają się moje plany, to niewykluczone że wrócę balonem.

poniedziałek, 9 marca 2009

Tybet w Indiach.

Tak jak powiedzia mi pewien kanadyjczyk spotkany w hostelu w Iranie - "In India things are happening so fast, tahat You make sure to go slowly"

Tak wiec nie jestem juz w Amritsar a Golden Temple byla moim domem tylko przez jedna noc, a nie tak ja sie spodziewalem - trzy do czterech. A wszystko to za sprawa grupy rowiesniczej trzech Polek, ktore spotkalem wlasnie w Swiatyni. Okazalo sie bowiem, ze z okazji zblizajacego sie tybetanskiego nowego roku, Dalaj Lama bedzie dawal serie wykladow w McLeodganj- ktore jest azylem tybetanskiego rzadu na obczyznie i obecnym domem Lamy. Tak wiec zabrawszy sie z dziewczynami, wyjechalismy wczesniej i oto jestesmy - 2000 m.n.p.m na gorskiej przeleczy u podnoza Himalajow. Nie musze Wam chyba mowic, ze jest AAAAaaa PIEKNIE i NIESAMOWICIE!
Dzisiaj bylismy na modlitwie z Dalaj Lama, jutro jest wielki wiec i pochody ze swiecami a 11.03 Lama bedzie dawal nauki ;) A w miedzyczasie chodzimy po "gorkach"
i zamiezam sie na jakis kursik- moze medytacji albo tybetanskiego masazu ;)
No ale ale....co z obiecanymi opowiesciami z Pakistanu i wogole? Heh...mialo byc napisane, a wyszlo jak zwykle. Niestety duzo juz pewnie o tym nie popisze, ale jakos jutro postaram sie wsadzic pakiecik wyselekcjonowanych zdjec z przypisami zebyscie nie mieli calkiem czarnej dziory po tym tygodniu.

I jeszcze powiem Wam, moi kochaniy, ze wreszcie chyba wymyslilem plan na reszte podrozy i czuje sie z tym zajebiaszczo...ale o tym opowiem jak troche wiecej rzeczy bedzie skonkretyzowanych, bo nie chce zapeszyc.

Tymczasem Buziaakiii - szczegolnie dla wszystkich przyjaciolek i kolezanek z okazji spoznionego dnia Kobiet :)

PS. (specjalnie dla Wolka ;) tego posta pisalem na zywo i w chwili jego zamieszczania byla u mnie godzina 13.00 Pozdro 600!

sobota, 7 marca 2009

A jako, ze zostalo mi jeszcze kilka minutek w cafejce "Cyber Net", to zapodam Wam fotek trzy sztuki:


Na poprawe humoru:
Dworzec kolejowy w srodku nocy w srodku pakistanskiej pustyni.
Troszke nieostre ale oddaje klimat ;)



I zebyscie mogli zmiarkowac sobie moja chate, gdzie spedze najblizsze 2-3 dni.
......taaa- wyjasnie Wam to pozniej ;)


I zebyscie nie zapomnieli jak wygladam...w najnowszym wydaniu.



Nie. Nie jest zimno - na terenie calego kompleksu Golden Temple, gdzie dzisiaj zamieszkalem, obowiazuje nakrycie glowy
i zakaz noszenia butow (wlacznie z sandalami) ;)

Po drugiej stronie...

Noi jestem….po drugiej stronie. Ale czego? …To chyba najbardziej przygnębiające uczucie, kiedy nie jesteś w stanie opisać co czujesz. To co zobaczyłem, czego doświadczyłem, co atakowało wszystkie moje zmysły w ciągu tych ostatnich dni, wymyka się wszelkim próbą zamknięcia w słowach. Od razu przyznam, że stan tan jest w dużej mierze spowodowany bałaganem panującym w mojej głowie. Setki myśli biegnących w nieskoordynowanych kierunkach. Coraz trudniej je wszystkie ogarnąć i chyba powoli przestaje się o to starać. Niestety, efektem ubocznym złożenia broni w walce o uporządkowanie tej plątaniny, będzie ograniczenie świeżych dostaw słowa pisanego, trafiającego na tę stronę. Nie wiem jak się to poukłada. Ciągle pokładam duże nadziej, na odnalezienie odrobiny spokoju u podnóża Himalajów. Dharamsala. Może ten azyl Dalai Lamy stanie się również azylem dla mojej głowy.

Ale teraz jestem tutaj. Amrisar. Turist Guesthouse. Siedzę popijając whisky z colą. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie to niesamowite uczucie móc poddać się lekko otumaniającemu działaniu, zaklętym w butelce z etykietką „Grant’s”. Nie to, żebym nie mógł wytrzymać tygodnia bez alkoholu, ale po mniej-więcej trzech tysiącach kilometrów islamskich republik, te 250 ml brązowej cieczy, ma w sobie coś magicznego.

Przekroczyłem dzisiaj kolejną granicę.




Granicę administracyjną, kulturową, czasową – to nie są rzeczy tanie. Za ostatnie cztery musiałem zapłacić po godzinie od każdej, ale przyjdzie moment, kiedy je sobie odbiorę.

Przekroczyłem jeszcze jedną – wewnętrzną granicę.
Przełamałem się i zamieniłem szczelne buty trekingowe na sandały. Rzecz zdawałoby się nie warta uwagi… dopóki nie poznacie bliżej Borka i nie dowiecie się, że spośród kilku rzeczy, których Borek nie robi, albo robi bardzo rzadko, jedną z naczelnych jest – Borek nie chodzi w sandałach! (proszę nie pytajcie dlaczego.) A jak dodacie do tego środowisko, z którym codziennie przychodzi się zmagać mojemu obuwiu a generalnie obcują z mieszaniną syfu, moczu, gnijących odpadków organicznych, wszelkiego pochodzenia odchodów, różnorakimi wydzielinami zarówno zwierzęcymi jaki i odludzkimi, dziurami, krawędziami, krawężnikami, kamieniami, płynącymi ulicami ściekami i wszechobecnymi, obcymi, brudnymi stopami, które chcą je zdeptać….
Tak, to Nielaba granica do przekroczenia. Kolejna rzecz do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, albo sam zaczniesz… gnić.

Tak więc granica. Najsmutniejsza i najbardziej niesamowita z tych, które do tej pory udało mi się przekroczyć. Smutna nie jako miejsce, bo miejsce jest piękne, zielone, spokojne, ciche… jest jak bullet time w centrum najkrwawszej jatki Maxa Payna.
Jak chłodny prysznic w środku czterdziesto stopniowego dnia.
Miałem ochotę rozwinąć karimatę i zostać tu na parę dni.
Smutna, bo kończyła mój za krótki romans z Pakistanem. Do tej pory postrzegałem Indie, jako w pewny sensie ziemię obiecaną. Myślałem, że będę radośnie podskakiwał kiedy tu w końcu dotrę.
Tymczasem jestem tutaj i już się zastanawiam, jak tam kiedyś wrócić.
Z kimś bliskim, z kim mógłbym przeżyć to jeszcze raz.
Kurczę ! To wszystko wydarzyło się tak szybko. Chyba nawet nie zdaję sobie jeszcze sprawy, jak daleko jestem od domu (trochę to do mnie dotarło, kiedy obudziłem się dzisiaj rano- jeszcze w Pakistanie- i zacząłem myśleć co dalej….Indie, ale gdzie i którędy z powrotem – ale na podzielenie się tymi rozważaniami przyjdzie jeszcze czas). Dwa tygodnie… Myślałem, że będzie dłużej, trudniej. Dwa tygodnie i jestem w INNYM świecie. Wkroczyłem już do niego, wchodząc do Pakistanu, bo wbrew temu, czego uczą w szkołach – prawdziwa Azja zaczyna się w miejscu, w którym kończy się Iran.
I powiem Wam jeszcze, że mimo iż jestem w Indiach dopiero pół dnia, a jest to zajebiście duży kawałek Ziemi, to będzie mu trudno w wielu kwestiach równać się z Pakistanem…ale to już całkiem inna historia. Tymczasem idę w kimkę.
Jest 02:35, 07 marzec 2009 a Wy dostaniecie te literki po południu.

Będę się teraz starał powoli wyhamowywać, zwolnić tempo.
Pozbierać i uporządkować myśli, żeby móc przedstawić Wam trochę pełniejszy obraz tego, co do tej pory zobaczyłem i poczułem w Azji. Niestety będzie to danie odgrzane w mikrofalówce, więc trochę mniej świeże, mniej chrupiące, bardziej rozmemłane i na dodatek wcale nie obiecuje, że w ogóle powstanie…. bo nigdy nie wiesz co przyniesie jutro… a księżyc jest tutaj niesamowicie wysoko. Chyba kupię sobie motocykl.


ps. Bardzo dziękuje wszystkim za troskę – to miłe wiedzieć, że się o mnie martwicie. Ale mam jedną prośbę – następnym razem kiedy napiszę, że znikam i najpewniej nie będę miał kontaktu przez parę dni….proszę, nie wysyłajcie mi sms-ów, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć, w stylu – Napisz co u ciebie, bo się martwimy. 

Tymczasem dla mnie dobranoc, dla Was miłego sobotniego popołudnia – możecie oblać mój bezpieczny przejazd przez „inkubator zła i fanatycznych zabójców”.
Buziaki.

sobota, 28 lutego 2009

Tak jak przypuszczalem, nie udalo mi sie wiele popisac - ok. wogole nic nie napisalem - jak się okazalo, Borek spać też musi.

Także wrzucam tylko kilka zdjęć, które może pozwolą Wam polizać trochę tego irańskiego lizaka choćby przez papierek.


Moja letnia rezydencja w Esfehan.






































Carpet Profesor. Niesamowity człowiek, który przez dwie godziny goscil mnie w swoim sklepie kolejnymi szklaneczkami herbaty i niesamowitymi opowesciami odywanach
i życiu ludzi w Iranie.
O symbolice, historii, znaczeniu i powiazaniach.
Jeszcze tu kiedys wroce po jedeno z tych dziel sztuki.

























I trochę nocy zaczerpnietej z dach hotelu.








Teraz to już naprawde ostatni kontakt przed Pakistanem. Juz tutaj bylo ciezko nawiazac kontakt ze swiatem, wiec nie sadze zeby Tam bylo to wogole mozliwe.
Takze nie niepokojcie sie - jak wszystko pojdzie gladko, to za jakies 5-7 dni powinienem się odezwać....a jak pojdzie super aksamitnie, to posiedze tam troche dluzej i odezwe sie za dwa tygodnie.
Trzymajcie kciuki, bo wbrew temu co napisal Olek - dopiero teraz zaczyna się real fun ;)
Buziaki i do zobaczenia po drugiej stronie....