poniedziałek, 23 lutego 2009

Jest 20.02.2009, 07.40 – Jesteśmy w Przemyślu. Dworzec PKP i PKS w jednym miejscu – luksus, który w przyszłości nie często będzie nam dany. Mamy dwie opcje: autobus do Lwowa, siedem godzin szwędania się po mieście a wieczorem do Czerniewic; lub odpuszczając smutny, szary Lwów od razu do Czerniewic – miasta przy granicy ukraińsko rumuńskiej.
Szybka decyzja, której okoliczności zatarły się już w niepamięci. Czekamy w dworcowym barze, których tysiące można znaleźć na każdym z setek zakurzonych, obsikanych dworców. Różnią się jedynie poziomem obrzydliwości serwowanej cieczy, szumnie zwanej ‘kawą’. Eksperymentując, zamawiam enigmatyczny ‘bulion’ i czekamy do 10.15 na autobus do Czerniewic. Najwyraźniej bulion przed pojawieniem się na okupowanym przez nas stoliku, jeszcze w formie sypkiej, stał na półce obok kawy i jest równie paskudny, niezdarnie balansując na granicy jadalności.

O 20.00 docieramy do Czerniewic. Jest trochę ciemniej, trochę zimniej, jakoś nieprzyjemniej.
Plan – dostać się czymkolwiek do Suczawy. Ale dzisiaj z tego dworca nie odjedzie już żaden autobus. Wszystko pozamykane a poskładane literki cyrylicy z rozkładu jazdy nie bardzo chcą być czymś brzmiącym jak Cuyeba.
Wybieramy wyraz wydający się najbardziej blisko znacznym i zapisując w pamięci godziny odjazdu w dniu następnym, wyruszamy na poszukiwania dworca kolejowego
(jak był ‘dworzec’ po rosyjsku ?!……na pewno to kiedyś wiedziałem). Po silnie onomatopejizowanej rozmowie z kierowcą taksówki, decydujemy się na spacer w kierunku centrum i domniemanego dworca.
Po pół godzinie niepewności, potęgowanej zdecydowanie za ciężkimi plecakami , naszym oczom ukazał się On : Radość i satysfakcja.





Od pani w okienku dowiadujemy się, że kasa międzynarodowa znajduje się w okienku nr.2 i będzie otwarta o 06.00 rano a ona jako rezydentka okienka nr.4, nie ma zielonego pojęcia o rozkładzie jazdy pociągów innych niż lokalnych.
Pozostaje nam tylko znalezienie noclegu. Światełkiem w tunelu jawi się czarny jak czekolada gorzka , obywatel najpewniej któregoś z krajów afrykańskich, który w rozmowie z rzeczoną panią z okienka prezentuje zaskakująco wysoki poziom znajomości tutejszego języka.. Po nawiązaniu kontaktu, okazuje się że ‘koleszka’ mieszka na Ukrainie od 3 lat i co dla nas istotniejsze, chętnie pokaże nam tani hotel, do którego można dostać się taksówka a jako, że On mieszka niedaleko owego miejsca, to możemy zabrać się z nim….na jego koszt (jest to o tyle ważne, że nie zaopatrzyliśmy się jeszcze w lokalną walutę). Po pierwszej fascynacji tym pomysłem, odezwał się w nas duch twardych podróżników i ośmieleni całkiem przytulnym klimatem dworca, decydujemy się przekoczować noc (jedyne 9 godzin) pod jego dachem. Serdecznie dziękujemy, żegnamy się z ‘Piętaszkiem’ i kierujemy swoje kroki ku poczekalni.

Czysto, wygodne siedzenia, względnie ciepło (nad ranem musieliśmy niestety zweryfikować ten pogląd), LCD-ki na ścianach i podejrzliwie spoglądająca ochrona, przemierzająca co kilkanaście minut salę, dająca poczucie względnego bezpieczeństwa.


Our room mates:



Chichoczące babuszki zajadające się chipsami,


Ukraiński Kozak, tylko z pozoru wyglądjący na poczciwego staruszka,



I 'wariatka', co jakiś czas grrroźnie pokrzykująca na wszystko i wszystkich.
Do nas wyjątkowo się nie odzywała.Chyba z pierwotnego strachu przed nowym i nieznanym. Tylko ukradkiem podejrzliwie, symulując spanie, co jakiś czas... przyglądała się...



Nocna toaleta.










Ouch...oooo...eeee....nieeee...
Shiiieeeeet. Panika, ucieczka...
Ale dalej bedzie już tylko gorzej.
Jak mawia Ryba ;) - "Twardym trza być, nie miętkim".
Potraficie sobie wyobrazić, jak trudno jest się "wyluzować" jednocześnie spinając wszystkie mięśnie poniżej pasa....?
No więc mi było jeszcze trudniej.
Testując wszelkie możliwe kąty zawarte pomiędzy udami a łydkami, dla znalezienia najlepszej konfiguracji, drżąc mięśniami ze zmęczenia, pocąc się, starając nie zachaczyć o klauftrofobicznie blisko umieszczone ścianki noszące ślady brązowych "hieroglifów", z lokciami przewieszonymi przez krawędź drzwiczek i oczami przypominającymi oczy Louisa Armstronga grającego życiową solówkę... słyszę kroki. "Babcia" klozetowa, jakby nigdy nic, wchodzi, staje na przeciwko i bez jakiegokolwiek skrępowania, na wzór starych, znajomych, przekupek z kleparza, zaczyna trajkotać. Chyba przez napór ciśnienia wewnętrznego na błonę bębenkową, niewiele słysze i jeszcze mniej rozumiem.
....Spazmatycznie kiwając i kręcąc głowa, udaje mi się Ją spławić i dokończyć "dzieła".
Ufff...

Leaving...home.

No to wracamy do chronologicznego porządku wydarzeń...ciekawe na jak długo ;)

Większość z Was , mili czytający, miała zapewne okazje doświadczyć osobliwego poczucia czasu, które cechuje moją osobę. W moim świecie, godzina powinna mieć zdecydowanie więcej, niż absurdalne 60 min, jeśli chce pomieścić wszystkie czynności, które dla mnie w oczywisty sposób powinny zająć nie więcej niż rzeczona godzina.
Idąc dalej. 15 minut. Większość z Was, słysząc to popularne określenie ‘ilości’ czasu, jest w stanie z matematyczną dokładnością wyznaczyć, iż zawiera ono 15 jednostek wyrażonych w minutach. Te z kolei składają się z 60 sekund każda a sekundę, jako jednostkę elementarną, każdy potrafi sobie z większą lub mniejszą dokładnością wyobrazić. Niestety, kiedy ’15 minut’ opuszcza moje usta, dla własnego dobra zapomnijcie o tej całej matematyce. Dla mnie jest to wrażeniowe określenie bliżej nieokreślonej ilości czasu, która finalnie może się z łatwością zawrzeć w wielokrotności tytułowych 15 minut.
Tak, tak moi Mili. Skracając ten niezrozumiale napompowany wywód do jednego zdania- Borek jest zawsze spóźniony.

Pociąg, który miał nas zabrać do Przemyśla, odjeżdżał planowo z ‘Krakowa Głównego’ o godzinie 03.23.
Po odebraniu mojego współtowarzysza z dworca – planowo o 20.25 a wynikowo o 20.55 – i dotarciu do domu, zgodnie, rodzinnie i kolektywnie ustaliliśmy co następuje:
Ażeby być na dworcu o 03.00, co daje pewne poczucie komfortu czasowego, tak potrzebnego w progu „podróży życia” oraz możliwość nabycia biletów – tak ważnych z oczywistych względów, musimy wyjechać z domu o 02.40. (……..)
Po wykonaniu wszelkich czynności, tylko pozornie nie związanych z samą podróżą i nie umyciu auta, o godzinie 02.20 zacząłem proces umiejscawiania mniej czy bardziej niepotrzebnych przedmiotów w plecaku
(czyt. pakowania się).




Oswojony z poczuciem,że bankowo o czymś zapomniałem, o 2.48 z satysfakcją i przerażeniem, dopiąłem ostatni zamek krzyczącego z przejedzenia plecaka.
Szybka kalkulacja oparta na wyżej wspomnianym mechanizmie i decyzja:
„….Tak. Czas na prysznic”.
Koniec końców, o 03.02, z Mamą za kierownicą, Tatą na shotgun-nie oraz Remikiem obgryzającym paznokcie (najwyraźniej nie podzielał mojego poglądu o gumowej naturze czasu) odjechaliśmy w kierunku zachodzącego…eeee dworca.

Zgodnie z przewidywaniami, nie było ruchu. Został skutecznie zastąpiony przez światła na każdym skrzyżowaniu, w ekstatycznym poczuciu władzy, szczerzące się na czerwono.
O 03.20 dotarliśmy na peron. Uff…było warto wziąć ten prysznic.
Podłoga pociągu, poczuwszy nasz ciężar, zaczęła leniwie osuwać się z peronu.
Jeszcze ostatni uścisk dłoni Taty, ostatni buziak Mamy przez okno…i zaczęli się kurczyć.
Łza stłumiona w połowie policzka.

Pstryk. Zgasło światło. Nic nie pamiętam. Spałem?....może.

Obudziła mnie dopiero zieloność lokomotywy z ‘Przemyślem Głównym’ w tle.

A niech mnie kule biją...chyba żaden blog się jeszcze nie implodował od małego zaburzenia chronologii... eee ...right?

No więc jest taka akcja, że siedzę właśnie w przyhostelowej baro-kawiarni z widokiem na Bosfor.





I zajadam się Paprykarzem. Uczucie nierealności tej chwili zmusiła mnie do podzielenia się nią z Wami :)



Przeglądając chaotycznie internet, zastanawiam się co robić dalej, dokąd jechać...piździ deszczem i zimnem...i tak w całej Turcji przez najbliższy tydzień (temperatura oscyluje wokół 3st.). W takiej sytuacji nie wiem czy nie bedzie najlepiej, wbrew pierwotnym planom, odpuścić sobie dłuższe podróżowanie po ojczyznie Attaturka i udać się bezpośrednio do Teheranu....

Wieczorem nadgonię trochę czas blogowy do rzeczywistego i opowiem Wam w jakich okolicznościach tu dotarłem.

ps. Ten post dedykuje Ewie - to dzięki widelcowi z jej niezbędnika, ta sytuacja miała szanse zaistnieć. Dziękuje w imieniu moim, mojego brzucha i Paprykarza.
ps 2. Szymon, nie czuj się urażony - jutro zawartość puszki z tuńczykiem będzie we władaniu widelca z twojego MacGyver-owego niezbędnika ;)

niedziela, 22 lutego 2009

Ostatnie godziny

19.02.2009 – po kilku modyfikacjach na przestrzeni ostatniego tygodnia, czas „0:00” został ustalony na godzinę 3:23, kiedy to pociąg relacji Wrocław – Przemyśl ma opuścić peron dworca kolejowego ‘Kraków Główny’.

‘T’ – 8h
Ostatnie z cyklu pożegnań odbyło się w…Szafie.



Moi ludzie.
W tym Momencie zaczęło coś świtać – to już nie jest odległy pomysł z pogranicza fantastyki. To ma się wydarzyć za 8 godzin a ja na sakramentalne pytanie: „Jesteś już spakowany?”, ze stoickim spokojem próbując ukryć nienormalność tego stanu, odpowiadam ‘nie’. Kryzysową sytuacje kurczących się atrybutów mojej męskości, na sekundy przed panicznym ‘Pier..le – nigdzie nie jade!’, ratuje Master mówiąc:
„Podziwiam Cię….Ja nie miałbym jaj. Zazdroszczę ci tej wolności”.

“Nigdy nie wiesz co przyjdzie pierwsze: nowy dzień, czy nowe Życie”




Pewien samotny, amerykański podróżnik u kresu swojej drogi, w agonii napisał:

„Prawdziwe szczęście istnieje tylko wtedy, kiedy masz je z kim dzielić”.

Ja, prawdziwość tego stwierdzenia odczułem w pierwszych sekundach mojej podróży, stojąc w ruszającym pociągu z Krakowa, rozluźniając uścisk ręki mojego Ojca.

Dlatego zabieram Was ze sobą w podróż…